Przemyślenia w Thanksgiving Day

Jak informują amerykańskie media, podczas obecnego Thanksgiving Day po kraju przemiesciło się 42 mln ludzi – samolotami, pociągami, samochodami. Po to by w rodzinnym gronie zjeść w czwartek indyka. To najważniejsze święto w Ameryce. Bije w tej rywalizacji „4 lipca”, nie mówiąc o Bozym Narrodzeniu. W gronie przemieszczających się znajdują się także nasi rodacy, chociaż przeważnie spędzają ten długi weekend na miejscu, w swoich domach, w gronie najbliższych - w Chicago, Nowym Jorku, Phoenix, Detroit, Kalifornii... Czym jest dla Polaków „Dzień Dziękczynienia? O tym pisano i mówiono już wiele razy. Ja zresztą też. Ale może przypomnę, że jest to dzień, w którym warto zastanowić się nad tym, co nam dała przeprowadzka z Polski do Chicago, Nowego Jorku czy Kalifornii. Czego oczekiwaliśmy i czy nie zawiedliśmy się. I - co też bardzo ważne - czy nie zawiedliśmy gospodarzy tej ziemi. Ostatnie lata przyniosły zdecydowane zmiany w sytuacji polskich imigrantów w Ameryce. Wielu opuszcza gościnną ziemię, wracając do korzeni, nad Wisłę. Coraz mniej przemierza w odwrotnym kierunku czyli z Polski do USA. O powodach także wiele razy pisano czy mówiono – otwarcie granic w Europie spowodowało, że łatwiej i lepiej kalkuluje się wyjeżdżać za chlebem do Skandynawii, Irlandii, czy Niemiec. Ten trend odbija się także na sytuacji polonijnych klubów. Pierwszy przykład z brzegu – Polonijna Liga Piłkarska w Chicago, czyli oficjalnie Stawski Soccer League dokładne rok temu liczyła 13 zespołów, obecnie już tylko siedem, a nie wiadomo czy do wiosennego startu nie skurczy się do sześciu zaledwie drużyn. I co ciekawe – bynajmniej nie koszty, czyli brak sponsorów w obecnej trudnej sytuacji ekonomi, są najważniejszym powodem zawieszania działalności czy wręcz rozwiązywania klubów. Owszem, koszty są istotne, ale najbardziej dotkliwy jest brak zawodników. Może to i wina klubów, które przez cale lata przyzwyczaiły się do stosunkowo łatwego pozyskiwania piłkarzy z Polski. Przyjeżdżali tu by dorobić, a przy okazji pokopać w piłkę w tym czy innym amatorskim klubie. Dzisiaj nie przyjeżdżają, bo po prostu im się to nie kalkuluje. A w przy obecnym kryzysie niełatwo załatwić przyjezdnym dobrze płatną pracę, zwłaszcza kiedy ci potrafią z reguły jedynie dobrze kopać piłkę. Lepiej zarobią w Europy, a kto wie czy i nie w Polsce. Niektóre kluby szkolą najmłodszych; w Eagles czy Wiśle mamy po 8-10 zespołów juniorskich – od 8-latków po 17-latków. Mamy też PNA Soccer Academy.

 

Problem tkwi w tym, że w ogromnej większości młodzi adepci soccera nie trafiają później do polonijnych klubów. Mają większe ambicje. Wielu z nich uzyskuje piłkarskie stypendia w collegach, a wtedy trzeba grać przede wszystkim dla swojej szkolnej drużyny. A najzdolniejsi próbują pukać do zawodowych klubów, nawet do Major League Soccer, czy też szukają szczęścia w Europie, jak to uczynił laureat Polonusa Roku sprzed kilku lat Oskar Gasecki, od pewnego czasu przebywający w Borussi Dortmund. Na razie występuje w rezerwach, ale podobno ma szanse załapania się do pierwszego zespołu. Wrócmy na chicagowskie podwórko. Tradycyjne w ten właśnie długi weekend rusza do boju halowa liga National, najstarsza amatorska liga piłkarska w USA. W tym sezonie zobaczymy w akcji pięć polonijnych zespołów - w Major Division Wisłę i Wartę, w First Divsion Wartę B oraz Zagłębie i Stal Mielec. Ciekawe, że te dwa ostatnie wymienione zespoły wycofały sie w tym roku ze Stawski Soccer League; ale jak jednak widać „ciągnie wilka do lasu”, bo grający obecnie w innych klubach podczas sezonu otwartego zawodnicy byłej Stali i byłego Zagłębia skrzyknęli się i w hali postanowili spróbować szczęścia. W dużej mierze – zwłaszcza dotyczy to Stali Mielec - jest to taka prywatna inicjatywa starych graczy. Z ich decyzji należy się tylko cieszyć, chociaż chyba trudno liczyć na jakie większe sukcesy w silnej stawce. Przez szereg ostatnich lat wiślacy organizowali w czwartkowy Thankgiving Day spotkanie „przy indyku”, na które zapraszali swoich zawodników, działaczy i najwierniejszych kibiców. Ale już przed rokiem z frekwencją było kiepsko - zaledwie 13 osób zjawiło się wtedy przy stole z indykiem. W związku z tym tegorocznego „indyka” odwołano. Argument odnośnie takiej decyzji – coraz mniej wśród sportowców mamy samotnych, niemal wszyscy mają lub założyli już rodziny i w ich gronie spędzają świąteczny dzień. Może i racja, ale trochę szkoda zaniechana tej tradycji. Podczas tego spotkania składano sobie przecież życzenia. Nie ma wiślackiego „indyka”, zatem z tego miejsca pozwolę sobie przekazać wszystkim rodakom, nie tylko sportowcom przesłanie - cierpliwości i wytrwałości. Stany Zjednoczone to wieki kraj, któremu powinniśmy być wdzięczni za to, ze nas przygarnął i zarazem dumni, że jesteśmy jego cząstka.

Wiesław Książek

Archiwum

1 2 3 4 5