Koszt wizyty Anny Marii Anders w Chicago

Anna Maria Anders jest córką generała Władysława Andersa (1892-1970) żołnierza, polityka i patrioty. Pani Anders od 2016 roku przewodniczy polskiej Radzie Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, jest sekretarzem stanu w kancelarii rady ministrow, a od 9 marca 2016 roku senatorem IX kadencji. Do jej obowiązków należy troska o dobre imię Polski i Polaków za granicą, szczegolnie w Stanach Zjednoczonych. W uznaniu zasług uhonorowała Polonia panią Anders odznaką Związku Sybiraków, członkostwem związku oficerów rezerwy RP i innymi zaszczytnymi tytułami. W maju ub. roku pani senator patronowała uroczystemu nadaniu nazwy "General Wladyslaw Anders Way" fragmentowi ulicy N. Milwaukee w Niles, pod Chicago. W bieżącym roku odwiedziła uczniów szkoły im. Gen. Wł. Andersa, przy parafii Św. Tekli w Wietrznym Miescie. W piątek 13 kwietnia 2018 Senator Anders spotkała się z Polonią w Muzeum Polskim w Chicago. Publiczność przybyła licznie bo zaproszenie obejmowało promocję książki Moniki Jabłońskiej, autorki "Wind from Heaven" o znaczeniu poezji w życiu Św.Jana Pawła II. Uroczystość uświetniły występy: Bogdana Łańko i młodych wokalistów i tancerzy ze szkółki przy Zwiazku Podhalan. Atmosfera była niezwykle miła. Nikt nie dręczył pani senator pytaniami dlaczego opozycja w Polsce zarzuca jej obciążanie polskiego podatnika kosztami osobistych podróży zagranicznych w kwocie 611.625 zł w okresie minionych 2 lat, czyli ponad 300 tyś. zł rocznie! To koszty delegacji. Cel? Po pierwsze: poprawy wizerunku Polski w świecie. Jak wiadomo, wizerunek ten przez lata był zaniedbany. Teraz dzięki pani senator zapewne się naprawi i rozwinie w dobrym kierunku. Już to zapowiada zestawienie potrzeb, możliwości zaradczych, wskazania instytucji i osób, które za opłatą podejmą się pracy nad poprawą wizerunku Polski. A gdzie inne obowiązki, które na barki pani senator nakłada premier, nie mówiąc o koncepcji prowadzenia dialogu w sprawach międzynarodowych?! To wszystko wymaga nakładów a nie wyliczaniu każdego grosza, centa czy eurosa! Teraz, gdy już poznała pani senator wredną naturę rodaków, wypominających jej przeloty do Stanów, gdzie mieszka ona i jej jedyny syn, to sama wolała sfinansować ten kwietniowy wylot, dzięki czemu Polonia w Wietrznym Mieście nie zawiodła się. Wiele osób podziela dylemat pani senator bo jak pełnomocnikować w dialogu między narodami, nie opuszczając biurka?! Co można załatwić wśród hien i szakali, gotowych rozszarpać każdą zapracowaną istotę, której ideały nie odstają od zmiany, zwanej dobrą? Policzmy: na 1 dzień pobytu w USA pracodawca przeznaczył pani senator kwotę 59 dolarów (ok.200 zł), to tyle, co wszystkim delegowanym w kraju. Kto żyje w Stanach ten wie, że kwota 59 dolarów na dzień nie przyprawia o zawrót głowy. W Polsce kwota 200 zł, będąca równowartością 59 dolarów wystarcza skromnemu parlamentarzyście na to aby poczuł się przedstawicielem narodu; nie płaci on za mieszkanie, ani za dojazdy a w stołówce sejmowej może wyżywić się znacznie taniej niż przeciętny obywatel. Kim jest ten obywatel? To podatnik, dzięki któremu istnieje fundusz w celu utrzymania posłów, senatorów, marszałków, ministrów, sędziów i całej administracji. W końcu do Ameryki, gdzie pani senatror ma poprawiać wizerunek Polski nie da się dojechać furmanką ani rowerem ani nawet pendolino, czy okrętem aby na czas obrad senatu powrócić, służąc temu "wdziędznemu" narodowi. Może ktoś wreszcie rozsupła nasz odwieczny dylemat: czy Polska taka biedna (czytaj: oszczędna) czy obywatele Rzeczpospolitej sumienia nie mają? A może liczą ale dokładniej cudze niż własne... 

Barbara Marta Żmudka

Archiwum

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10