Janik, Edward

12 Marca 2017

Działacz sportowy i sędzia piłkarski. Przede wszystkim jednak - stuprocentowy Krakus. Ale mimo, że pochodzi z Miasta Kraka, potrafi być w sporcie obiektywny. Nawet, gdyby „nasze Pasy” czy ”nasza Wisełka” grały np. z „jakąś warszawką”, „poznańskimi pyrami” albo „bacówkarzami z gór”. A przyznajmy, że obiektywizm taki, na polskich i polonijnych boiskach, gdzie w stronę sędziów latają nie tylko swojskie odzywki typu „sędzia kalosz!”, „ślepak” czy „dać mu białą laskę, a nie gwizdek!”, ale także cięższe przedmioty użytku codziennego (butelki, jedzenie czy np. krzesełka składane, parasole, buty albo kosze na śmieci), to towar deficytowy. I zdarza się naprawdę nieczęsto. Pan Edward Janik (na zdjęciu z lewej strony) to także jeden z nielicznych już specjalistów ze świata rodzimego sportu, którzy historycznie odróżniają nie tylko Wisłę od takiej np. Cracovii, lecz także, w znacznie trudniejszej perspektywie, wiedzą na ten przykład, że Garbarnia to bynajmniej nie nazwa fabryki pod Wawelem, do produkcji narzędzi, używanych do garbowania dzieciom skóry. A „Pasy” to nie tylko oznakowanie przejścia dla pieszych na jezdni gdzieś na Wielopolu. Dla znajomych, Edward Janik to po prostu Edek. Dusza człowiek. Uczynny. I w dodatku  towarzyski. Choć pod tym ostatnim względem to zachowuje się bez swojskiej przesady. I podczas sędziowania, w jego żyłach płynie tylko czysta, sportowa Wisła, bez domieszki C2H5OH. Czego nie da się powiedzieć o wszystkich sędziach polonijnych. Którzy czasem - wbrew tradycyjnemu powiedzionku legendarnego trenera Kazimierza Górskiego - widzą, że w „kopanej”, bramka jest jedna, a piłki (w dodatku kwadratowe) - są dwie. A bywa, że i znacznie więcej... Pan Edward gwiżdże sprawiedliwie. I - podobnie, jak z napojami wyskokowymi - nie nadużywa gwizdka. W sumie więc - zawsze daje pograć. Zwłaszcza, jak zawodnik drużyny krakowskiej, dynamicznym wślizgiem, zgodnie z zasadami „fair play”, wchodzi obunóż w klatę takiego powiedzmy cieniasa-warszawiaka. Albo w wyskoku do „główki”, wspina się po plecach jakiegoś tam „szczecińskiego paprykarza”. I z decyzjami sędziego Janika się nie dyskutuje. Co jest efektem nie tylko jego obiektywizmu, ale i wieloletniego doświadczenia, wymuszającego zarówno na zawodnikach, jak i na innych sędziach czy działaczach piłkarskich prawdziwy szacunek. Bo najważniejsze w tej branży jest właśnie doświadczenie. A w swej bogatej karierze widział już pan Edward niejedno, oj widział... Bycie polonijnym sędzią piłkarskim to bowiem twardy kawałek chleba. I to nie zawsze z masłem i szynką. To branża, gdzie - jak twierdzą prawdziwy fachowcy - najważniejszą umiejętnością zawodową niejednokrotnie bywa... zdolność ucieczki zygzakiem, przed rozwścieczonymi kibicami. Czy też - kibolami. Często, znajdującymi się zresztą w tzw. stanie mocno, ale to naprawdę mocno wskazującym. O podobnych zagrożeniach w profesji sędziego świadczą choćby humorystyczne „suchary” z grubej księgi dowcipów i anegdot o polonijnych kibicach piłkarskich w Stanach Zjednoczonych. Np. rozmawia dwóch chicagowskich miłośników „sokera”:

- Jedziesz na turniej, Józek?
- Tym razem odpuszczam.
- A co jest? Nadgodziny w weekend tłuczesz?
- Nie... Żona powiedziała, że jak znowu się nakibicuję tak, że mi się film urwie, to z nami koniec...
  Albo:
- Co jest najtrudniesze w życiu polonijnego kibica piłkarskiego?
- Umieć tak polewać „z biodra”, żeby cię policja, na meczu w parku nie nakryła.
  
Ale mecze to także okazja nie tylko towarzyska, ale i do pokopania piłki. Często mylonej - niestety - z goleniami zawodników przeciwnych drużyn. Liga i turnieje naładowane są bowiem sporymi emocjami. Na podziały regionalne (Kraków, Warszawa, Podhale czy Wybrzeże) nakładają się różnice narodowościowe (Polacy, Rosjanie, Ukraińcy, Serbowie) czy rasowe (biali, czarni, Latynosi). A do tego należy dodać lokalny „patriotyzm firmowy.” W rozgrywkach ligowych biorą przecież udział drużyny, reprezentujące różne, a często konkurencyjne firmy, sieci sklepów czy inne biznesy wysyłkowe, dystrybucyjne czy spożywcze. Trwa więc zaciekła rywalizacja. Niekiedy, podkupuje się zawodników, a zakulisowych przetargów, intryg i podchodów, Polonusom mógłby pozazdrościć sam Real Madryd czy Manchester United. Nic dziwnego, że na naszych, rodzimych meczach, trup ściele się gęsto. Ambicje sportowe zwykle bowiem znacznie przekraczają umiejętności piłkarskie. Zwłaszcza, że zawodnicy, niejednokrotnie grający w czołowych ligach jeszcze w starym kraju, w Stanach już nie trenują tak ostro i zmęczeni są codzienną robotą. A - poza tawerną - raczej nie mają szans na prawdziwą odnowę biologiczną. Ale w całym tym galimatiasie, chaosie i zamieszaniu, pan Edward potrafi się doskonale odnaleźć. I jakoś kierować tą piłkarską machiną, w niełatwych warunkach, zbliżonych do poligonu wojskowego. Na tyle dobrze to robi, że podobno był nawet niedawno rozważany jako poważny kandydat na stanowisko ministra obrony narodowej w Pentagonie, w nowej administracji prezydenta Donalda Trumpa. Który - jak wiadomo - z prawdziwie męskich sportów woli raczej grę w golfa, ale na pewno potrafiłby docenić wojowników „kopanej”. W polonijnym wydaniu, niewiele różniącej się niekiedy od amerykańskiej inwazji na Irak czy wojny podjazdowej w Afganistanie. Edward Janik to w sumie pasjonat, doskonale znający swe rzemiosło. To właśnie tacy, jak on sprawiają, że Polonusi, po ciężkiej pracy, potrafią się rozerwać. I w trudnych przecież realiach amerykańskich pielęgnować nasz sport. I choć nie zawsze jest to rywalizacja na miarę medalu olimpijskiego czy też Pucharu Europy, to jednak swoje znaczenie ma. I jest jak najbardziej potrzebna. Pamiętajmy o tym, widząc na boisku tego niezmordowanego, dwudziestego trzeciego. Z niezawodnym gwizdkiem i z nieprawdopodobnym sentymentem do piłki. Jest szansa, że będzie to „nasz Edek”. Jak zawsze, sędziujący sprawiedliwie. A że z lekkim sentymentem dla Krakusów? W końcu, nikt z nas nie jest idealny... (Fot. Andrzej Godny)

ANDRZEJ WĄSEWICZ

Dodaj komentarz

Powrót