Misterka, Halina

24 Stycznia 2017

Gdy w towarzystwie pada nazwisko pani Haliny Misterki, skojarzenia od razu są dwojakie - Muzeum Polskie w Ameryce oraz Zespół Pieśni i Tańca „Lajkonik”. Oba przedsięwzięcia bardzo zasłużone. I mające wspólny mianownik - troskę o nasze, polskie tradycje. Których to tradycji, pani Halina od lat broni, jak nie przymierzając Platforma Obywatelska broni Unii Europejskiej.   Zacznijmy od Muzeum. Zdaniem wielu obserwatorów, pani Halina jest jednym z najcenniejszych nabytków tej chicagowskiej placówki (nie mylić z zabytkami!). I choć wiekowo absolutnie nie pasuje do eksponatów, z których wiele pamięta jeszcze XVI wiek, to pasją i kompetencjami najwyraźniej przez lata wzbogacała tę zasłużoną placówkę. Jako szefowa działu archiwalnego, jeszcze od roku 2000, wzięła na swe barki obowiązek uporządkowania imponujących zbiorów, wśród których są prawdziwe perły i perełki. Jak na przykład odręczne listy królów polskich czy też pierwszych prezydentów amerykańskich, przedmioty upamiętniające Jana Ignacego Paderewskiego (pierwszy koncert fortepianowy w USA dał właśnie w Chicago!) czy gadżety z legendarnego transatlantyka „Batory”, na którym do Ameryki płynęło się z Europy ponad miesiąc, a organizowane na pokładzie bale kapitańskie nie przypominały jeszcze dyskoteki w stylu disco polo, z hamburgerem, różowym dresem i „Majteczkami w kropeczki” w roli głównej. Jak wiadomo, wszystkie muzealne pamiątki historyczne trzeba było skatalogować oraz zdigitalizować. Co - biorąc pod uwagę skromne możliwości techniczne i finansowe Muzeum - nigdy nie było proste. Ale nie z panią Haliną te numery! Gdy wzięła się do roboty, to nad dawnym budynkiem Paderewskiego przy 984 N. Milwaukee Avenue w Chicago, gdzie mieści się Muzeum, widać było tylko jeden wielki obłok kurzu z porządkowanych kolekcji. A porządkowania było (i nadal jest) sporo. Tym więcej, że w kolekcjach bywają dziury. I to jeszcze z czasów grubo przed rządami pani Haliny. Jedna z tych większych, poprzednich wpadek dotyczyła wielu cennych eksponatów, które w zagadkowych okolicznościach zniknęły z placówki. Pojawiły się lata później, gdy dwóch polonijnych nastolatków zameldowało się u znanego handlarza historią i numizmatami w down-town Chicago, przynosząc do wyceny m.in. oryginalne listy odręczne George’a Waszyngtona czy Kazimierza Pułaskiego. Skarby te, duet młodzieńców miał znaleźć w domu, gdzie wynajmowali „u pewnej Polki” pokój. Dokumenty miały jednak z tyłu pieczątkę identyfikacyjną Muzeum. I w obliczu podejrzenia kradzieży, numizmatyk powiadomił FBI. W efekcie, agenci przechwycili bezcenną i pokaźną kolekcję rzeczy, wyniesionych z Muzeum. Znaleziono je w domu polonijnym, będącym własnością członka rodziny jednego z byłych pracowników Muzeum. Ze względu jednak na przedawnienie, nie wysunięto żadnych oskarżeń kryminalnych. I w związku z tym, FBI nie podało nazwisk osób, podejrzanych o kradzież. A kolekcja wróciła do Muzeum. W sumie więc - happy end. Ale tylko częściowy. Przykład ten wskazuje na to, że praca archiwisty w Muzeum bywa żmudna, odpowiedzialna i czasem ociera się o Sherlocka Holmesa. I niekiedy trzeba działać w warunkach niezawinionych przez siebie grzechów. Na szczęście, pani Halina doskonale była w stanie sobie poradzić z zaszłościami sprzed jej kadencji. Ale przyznaje, że wiele jest jeszcze do zrobienia w archwizowaniu dobytku Muzeum. Bo nie wiadomo tak na dobrą sprawę, ile skarbów tam się znajduje, czekając na odkrycie. Wprawdzie Bursztynowej Komnaty raczej się tu nie spodziewajmy, ale za to mniejsze, cenne trofea na pewno kryją się w niezliczonych pudłach, na półkach w magazynach czy w niesprawdzonych jeszcze darach, składowanych na zapleczu tej ciekawej placówki. Gdyby dobrze pogrzebać, to może udało by się odnaleźć np. zdjęcia kaszubskiego dziadka Donalda Tuska (tego z Wehrmachtu) czy też zwycięskie kupony „lotka” Lecha Wałęsy z czasów, gdy jeszcze szczęście mu wyjątkowo sprzyjało, nie tylko w polityce. A więc zawsze warto promować takie osoby, jak pani Halina, nie obawiające się ujawnienia prawdy historycznej, nie mówiąc już o znacznie większym zagrożeniu w postaci grubej warstwy archiwalnego kurzu czy pająków, broniących dostępu do archiwum. Które to przeszkody, nawet niejednego faceta byłyby w stanie odstraszyć. Ale nie naczelną archwistkę Muzeum. Prawdziwą pasją Haliny Misterki jest jednak zespół pieśni i tańca „Lajkonik”, działający przy parafii św. Trójcy w Chicago. Jako dyrektor artystyczy, wkłada w działalność tej grupy wiele serca i wysiłku. A wszystko po to, by zachować tradycje i promować polskość w środowisku polonijnym. Wielkie słowa, ale w naszej realnej rzeczywistości jak najbardziej aktualne i potrzebne. "Oprócz tańca, ważne są w naszym życiu także korzenie" - wyjaśnia pani Halina. "Nasze tytuły koncertów mówią same za siebie: „Znaszli ten kraj”, „Rodzinny dom”, „Nie ma skrzydeł bez korzeni”, „A to Polska właśnie”. Dobrze powiedziane! Ale przy całej swej, historyczno-patriotycznej pasji, pani Halina wcale nie jest typem muzealnego, nudnego mola. Wręcz przeciwnie! To atrakcyjna, pełna życia, pomysłów i energii kobieta. Która na co dzień wcale nie chodzi w łowickim pasiaku, polonijnej zapasce lub starosłowiańskim wianku. No, ale jak już zatańczy tradycyjnego mazura, to klękajcie narody! Nawet pewnie nasz orzeł chętnie by się tego przyłączył, aż by mu się korona przekrzywiła... W sumie więc, pani Halina to uosobienie nowoczesnej tradycji. Nie tylko jej animatorka ale wręcz reanimatorka. I jak na razie, reanimacja działa. Oby więcej wśród nas takich wskrzesicieli!

ANDRZEJ WĄSEWICZ

Dodaj komentarz

Powrót