Kulisiewicz, Marek

16 Października 2016

Popularny chicagowski muzyk, DJ, dziennikarz (szczególnie radiowy) i ogólnie rzecz biorąc - polonijny celebryta. Ma olbrzymie doświadczenie estradowe i muzyczne, choć stwierdzenie, że może być starszy od gramofonu jest mocno przesadzone. Marek grywał ze znanymi artystami jeszcze w Polsce. Nazwisk nie przytaczamy - lista jest stanowczo zbyt długa, jak na nasz alfabet. Jak wielu dobrych muzyków polskich, zaliczył też „saksy”. W tym - niemieckie. I to po obu stronach Muru Berlińskiego. Niektórzy nawet mówią, że to właśnie Marek go obalił. A miało to wyglądać tak... W Berlinie Zachodnim dawał ponoć w lokalach takiego (muzycznego) czadu, że tłumy enerdowców, skuszone muzą, runęły na zachodnią stronę, przewracając ścianę, oddzielającą europejski Zachód od Wschodu. I podobno dopiero później inny artysta (tym razem filmowy) - Ronald Reagan zwrócił się z głośnym, historyczno-dramatycznym apelem do przywódcy Związku Sowieckiego: „Mr. Gorbaczow, tear down this wall!” No bo tak to już w życiu bywa, że nie zawsze to właściwi ludzie zyskują uznanie za swe czyny. Czyli - mówiąc po naszemu - nie zawsze dostają „kredyt”. Ale nie jest to jedyne osiągnięcie Marka Kulisiewicza. Od czasu Muru Berlińskiego obalił znacznie więcej rzeczy. M.in. mit o tym, że dojrzały muzyk jest w polonijnym środowisku skazany na bingo, „karciankę” i Armię Zbawienia. O obalaniu dobrego piwa czy jeszcze lepszych panienek już nie będziemy dyskretnie wspominać. A o zbawienie Marka też się nie martwimy. Rodzinne korzenie (zwłaszcza ze strony ojca) i patriotyczna postawa pozwalają nam stwierdzić, iż z tym akurat, Kulisiewicz na pewno nie będzie miał problemów. Rzesze fanów zdobył nie tylko na estradzie. Przez lata prowadził autorski program radiowy na stacji WPNA 1490AM, należącej do Związku Narodowego Polskiego. Gdzie zawsze dawał dobrą muzę, przeplataną sporą dawką humoru i przebłyskami życiowej mądrości. Marek daje na klawiszach, gra na gitarze, śpiewa, wciąga do zabawy. Poza tym bez przerwy komponuje i nagrywa. A o muzyce może rozmawiać tygodniami. Zwłaszcza przy dobrym drinku. I - co najważniejsze - wcale przy tym nie przynudza, jak to się czasem zdarza muzykom nawet o połowę młodszym. W działalności estradowej nie ogranicza się zresztą do Chicago. Grywa w Wisconsin Dells, na Florydzie, widywany jest w Kalifornii czy w Nowym Jorku. Słowem - Ameryka należy do Marka. A Marek - do Ameryki. Pytany, czy nie wraca do kraju, odpowiada, że nigdy z niego nie wyjeżdżał i zawsze trzyma się swoich, polskich korzeni. Inna sprawa, że w Stanach mu się podoba i czuje się już częścią Ameryki. Wygląda więc na to, że Marek Kulisiewicz długo nam będzie tu jeszcze towarzyszył. A wraz z nim - doskonała, polska muza ze światowym pazurem i często sentymentalną, refleksyjną nutą. A zaczarowane melodie Marka nadal będą uwodzić rzesze kolejnych fanów. Skoro już jednak o czarach mowa, to warto odnotować, że Kulisiewicz występuje ostatnio w popularnym klubie rozrywkowo-tanecznym „Ali Baba” przy Harlem Ave. Wprawdzie nie przeistoczył się tam jeszcze w prawdziwego, bliskowschodniego Alladyna, ale polską nutę umiejętnie łączy z międzynarodową egzotyką. I za to go kochamy! Z pełną zresztą wzajemnością...

ANDRZEJ WĄSEWICZ

Dodaj komentarz

 

AMERYKANIN 18.10.2016 17:47:09
Nalezy dodac,ze Marek ma najwieksza kolekcje Polskich Nagran,tych starszych vinyli z lat 50,60,70 na Poloonii.Problemem jest gdzie je przechowywac,bo jest tego naprawde mnostwo.
Jezeli dobrze pamietam,to czlonek krakowskiej grupy "Szwagry grajacej przed laty w "Zaczku"-dinozaur polskiego,krakowskiego rocka.
Powrót