Kamyszew, Krzysztof

04 Września 2016

Krzysztof Kamyszew to cała historia filmu polskiego w Ameryce. Mówi się, że gdyby nie on, to Andrzej Wajda nie dostałby „Oscara” za całokształt. Podobnie zresztą, jak film „Ida” w kategorii obrazów zagranicznych. A niektórzy idą jeszcze dalej. I twierdzą, że Krzysztof Kamyszew to najlepsza rzecz, jaka przydarzyła się kinematografii polskiej w USA od czasów sławnej Poli Negrii. Czyli naszej Apolonii Chałupiec. Z uporem maniaka, w ramach Festiwalu Filmu Polskiego, promuje ojczystą kinematografię w Stanach, choć czasem bywa to orka na ugorze. A to filmu nie dowiozą, a to zmieniają się plany dystrybucji czy dyrektorzy (nie)odpowiedzialnych przedsiębiorstw, czy też fochy stroi poszczególny reżyser czy aktor, któremu wydaje się, że już Stevenowi Spielbergowi może mówić „Stefek”. Teraz jednak nie jest już aż tak źle. A amerykańskie centrum przemysłu filmowego, dzięki Krzysztofowi, wyraźnie przesuwa się w kierunku Midwest USA. Czyli - Chicago. Gdzie - nawiasem mówiąc - produkowane są figurki Oscarów. I niewykluczone, że Krzysztof, mający również smykałkę do interesów, jest nawet współwłaścicielem tej wytwórni. Na projekcje polskich filmów przychodzili już najwięksi filmowi krytycy amerykańscy. Łącznie z legendarnym Gene Siskelem. A projekcje, wcześniej ograniczone do naszego, swojskiego Copernicus Center, zaczęły odbywać się w renomowanych kinach. O czym wcześniej, polscy producenci, aktorzy, reżyserzy czy widzowie mogli tylko rzewnie pomarzyć. Krzysztof Kamyszew to niezwykle interesująca postać. Nie tak dawno na jaw wyszły informacje, z których wynika, iż - jako jeden z nielicznych, znanych rodaków - już będąc w Stanach odmówił współpracy z komunistyczną bezpieką jeszcze za czasów PRL, mimo częstych i namiętnych nacisków towarzyszy z Warszawy. Czego nie może o sobie powiedzieć wielu polonijnych prominentów. Sam Krzysztof nie chce jednak za wiele o tym mówić. Twierdzi, że było, minęło. I nie ma co robć z siebie kombatanta wojny o wolność, demokrację i... koryto. Nie wszyscy wiedzą, że Krzysztof był niegdyś kustoszem chicagowskiego Muzeum Polskiego w Ameryce. Za jego panowania, placówka wyraźnie odżyła. A na wystawach, obok bezcennych listów króla Stefana Batorego, szabli naczelnika Józefa Piłsudskiego czy mundurów powstańców styczniowych, zaczęły pojawiać się obrazy czy grafiki współczesnych twórców polskich. I - co więcej - można je było kupić. Sam nabyłem w ten sposób kilka grafik. I czekam, aż podskoczą do sześciu zer. Mam nadzieję, że tego dożyję i zaproszę Krzyśka na jakiś bigos... Krzysztof Kamyszew prowadził też w Chicago Towarzystwo Sztuki Polskiej przemianowane później na Towarzystwo Sztuki, gdzie nadal organizowane są wystawy, promocje i spotkania kulturalne. A w gustownym lokalu przy Milwaukee Ave., w pobliżu „starego” trójkąta polonijnego odbywają się imprezy, jak na paryskim Montmartre czy w nowojorskim Soho. Krzysztof to bodaj jedyny Polonus, który na okrągło nosi prawdziwą koszulę i marynarkę. W dodatku nie te same przez cały czas. Nosi też czasem autentyczną muszkę. Słowem - autentyczny inteligent, jak ze starego, dobrego rzutu. Dosłownie jakby żywcem przeniesiony z ulic Warszawy początku XX wieku. Sztuką interesuje się nie tylko zawodowo, ale i z osobistego punktu widzenia. I ją doskonale zna. Jak źartobliwie twierdzą znajomi, jeden z nie tak znowu wielu Polonusów, którym sztuka nie kojarzy się wyłącznie ze sztuką mięsa w restauracji smorgasboard. Dużo podróżuje. I podobno ma jakąś dziuplę w Ameryce Południowej czy w innej Tajlandii. Tylko więc patrzeć, jak któryś z egzotycznych krajów dołączy do światowej czołówki filmowej. No bo Krzysztof  nie nie może żyć bez dobrego filmu. Niekoniecznie polskiego. W sumie, to o samym Krzysztofie Kamyszewie można już zrobić film. A nawet serial! Pytanie tylko, czy zgodziłby się zagrać główną rolę. Znając go, chyba raczej nie... Woli stać za kulisami, a nie w świetle jupiterów. Co nie znaczy, że nie jest postacią pierwszoplanową. Szkoda tylko, że tak rzadko udziela się publicznie w polonijnym środowisku. Trzeba go dosłownie wyciągać wołami. Ale gdy się już ruszy, to jest ozdobą towarzystwa. I to tego z górnej półki!

ANDRZEJ WĄSEWICZ

Dodaj komentarz

Powrót