Harrison, Danuta

27 Sierpnia 2016

Dla znajomych - Danka Kozłowska. Jedna z ciekawszych postaci nawet w naszym, niezwykle barwnym środowisku polonijnym. Zaczynała karierę grafika w mediach polonijnych. Jeszcze za zamierzchłych czasów, gdy dobry grafik, spośród wszystkich komputerów i ich oprogramowania musiał mieć flamaster, nożyczki, klej i gumkę do różnego rodzaju naklejanek, wyklejanek, wycinanek i gumowanek. Pracowała m.in. w tygodnikach: „Panorama”, „Rewia”, „Alfa”. A potem dorobiła się własnego miesięcznika - „A’Propos”. Dla kobiet. Gdzie lansowała ładne ubiory, wnętrza, wystroje, ozdoby. I życie pełną (oraz w jej przypadku - niezwykle okazałą i atrakcyjną) piersią. W magazynie było też pełno porad psychologicznych, lekarskich, kulinarnych, modniarskich. A wszystko to w doskonałej szacie graficznej a’la „Cosmopolitan” czy „Vogue”. Do dziś, na rynku polonijnym, i to nie tylko w Chicago, nie pojawiło się pismo, mogące choć trochę zbliżyć się do nieistniejącego już (niestety) „A’Propos”. Magazyn, łączący walory artystyczne z twardymi wymogami polonijnej rzeczywistości. Wolna, prawdziwie niezależna dusza. Już sam wygląd Danki świadczy, że raczej nie robi w branży zunifikowanej, typu sprzedaż samochodów, kredyty bankowe czy przewracanie hamburgerów w barze szybkiej obsługi. I mimo tego, że jest już kobietą w górnej strefie wiekowych stanów średnich, ciągle ją nosi na wszystkie strony. Żeby ktoś źle nie zrozumiał - nosi ją głównie po nowych przedsięwzięciach artystycznch i biznesowych, a towarzyskich już znacznie rzadziej. Od paru dobrych lat Danka interesuje się także zagadnieniami mocno duchowymi i zjawiskami niezwykłymi. Pewnego razu, w ramach obsługi dziennikarskiej, zaprosiła mnie na seans mistrza Olega - Ukrańca, który jako zarówno student nowoczesnych instytutów oraz uniwersytetów zachodnich, jak i uczeń starych monasterów tybetańskich, prowadzi wszechstronne zajęcia spirytualne (nie mylić ze wschodnierosyjskimi zajęciami spirytusowymi). Było to niezapomniane i pouczające doświadczenie. Jedno z zadań na tych warsztatach paranormalnych polegało na tym, by podczas sesji medytacyjnej dokonać tzw. regresji (nie mylić z recesją). A więc cofnąć się w czasie, by odkryć swe poprzednie wcielenia. Jak okazywałem się a to pańszczyźnianym chłopem galicyjskim, a to wojem litewskim czy koniem krzyżackim. Danka jednak biła wszystkich na głowę. Już sama zapewne nie wiedziała, jak głęboko w swą przeszłość się zanurzyła. Słyszałem, że była królową egipską Nefretete, carycą Katarzyną Wielką albo też szlachcianką w XVII-wiecznej Polsce. Do kompletu brakuje jeszcze tylko wcielenia jako Hillary Clinton. Podróże w czasie i emocjach nie przeszkadzają jednak Dance w twardym stąpaniu po ziemi. I - wbrew niektórym opiniom - wcale nie świadczą, że może być groźna dla otoczenia. A więc nawet, jak się na nas nieco pogniewa (co raczej nie grozi), to i tak nie rzuci na nas uroku. Chyba, że chodzi o urok pozytywny, inspirujący, uwodzicielski. Bo w tym zakresie Danka, o ile tylko chce, nadal może być mistrzynią świata. Z Danką zawsze bardzo łatwo się współpracowało. Jedyna trudność polegała na tym, że zwykle bardzo trudno było dziewczynę... rozpoznać. A to dlatego, że nigdy nie było wiadomo, w jakim się pokaże kolorze włosów i w jakim ubraniu. Dlatego też, niektórzy – zwłaszcza mniej doświadczeni współpracownicy - zawsze w kontaktach z Danką wymagali, by na wstępie, w miejscu pracy, codziennie legitymowała się swoim ID. W przeciwnym przypadku nigdy nie było wiadomo, czy chodzi tu o panią Harrison. No właśnie... Skąd takie słowiańskie nazwisko u naszej Danuśki? Otóż wyszła za prawdziwego Amerykanina. Który jednak - nie wiedzieć dlaczego - nie chciał przyjąć nazwiska panieńskiego żony. Czyli odmówił zostanie panem Kozłowskim. Tak więc to Danka została panią Harrison. Co ma i tę dodatkową zaletę, że niektórzy uważają ją za kuzynkę samego... George’a Harrisona. Mimo, że formalnie nie jest spokrewniona z ex-Beatlesem, to jednak pokrewieństwo artystyczne obojga stawia ją w gronie - jakby nie było - cenionych artystów. Danka jest niezwykle przyjacielska i towarzyska. Podobno lista jej znajomych i przyjaciół nie zmieściłaby się nawet na hard-drive o pojemności co najmniej 1000 Mega. I ciągle jej przybywa nowych znajomości. Danka ma niezwykłe poczucie humoru. Do tego szybko mówi (lecz zawsze z sensem). W związku z czym rozmowa z nią przypomina festiwal opowiadania dowcipów w Sieradzu. Zawsze można się solidnie obśmiać. I czegoś przy okazji nauczyć. A także zrobić dobry „deal”. Jeżeli więc ktokolwiek z was planuje zmianę wyglądu lub wizerunku publicznego, nową fryzurę i strój albo nawet otwarcie restauracji, biura, galerii artystycznej lub choćby średniowiecznego zamku mieszkalnego albo szlacheckiego dworku - walcie, jak w dym, do naszej Danki. Macie gwarancję, że o udanym projekcie będzie głośno. I nie mówimy tu o prasowej rubryce typu „Weird News”. No i gdy jeszcze powołacie się na wspólnych znajomych (a - biorąc pod uwagę popularność Danuśki - znajdziecie ich na pewno), to możecie liczyć na solidną zniżkę. Bo o pieniądzach, Danka, jako prawdziwa artystka, mówi raczej wstrzemięźliwie i całkowicie ugodowo. Po prostu taka już jest. I raczej już nie zmienią jej miliony. Zarówno dolarów, jak i fanów.

ANDRZEJ WĄSEWICZ

Dodaj komentarz

Powrót