Góraj, Maciej

23 Lipca 2017

Aktor polsko-amerykański. Czy też już raczej amerykańsko-polski. Jak wielu fachowców z tej branży, pochodzących z Polski, w Stanach musiał koniecznie zaliczyć pracę kartografa w biurze. Mianowicie pracował „mapą”, czyli „mopem”, sprzątając biura, banki i supermarkety. Jak sam wspomina, był też kierowca „trucka” i... masażystą (żeby nie było niedomówień, nie chodziło tu o masaż erotyczny). Umie też, jakby ktoś był zainteresowany, uzdrawiać energią, bo jest nauczycielem reiki - starożytnej sztuki energetyzowania życiowego. Żeby nie było kolejnych niedomówień - nie naprawia instalacji elektrycznych, nie wymienia korków w gniazdkach, nie zakłada generatorów prądotwórczych i nie podczepia na lewo domowych liczników prądu do linii wysokiego napięcia, jak to czasem rodacy mają w zwyczaju. Leczy również dźwiękiem. Na szczęście jednak sam nie śpiewa, lecz używa do tego... mis tybetańskich, mających lepszy vocal. Co  - trzeba przyznać - jest specjalnością raczej mało polską, lecz niezwykle interesującą. Nie da się jednak ukryć, że to przeżycia kierowcy ciężarówki chyba najmocniej zaciążyły na życiu Macieja. Z jego epizodów truckierskich mogłaby powstać ciekawa książka. Zwłaszcza, gdyby ją uzupełnić przeżyciami innych, polskich aktorów, którzy drogę do Hollywood zaczynali za kółkiem. Na tyle często, że można by chyba zastosować takie porównanie:
- Po czym można poznać aktora amerykańskiego w Hollywood? Po tym, że z większą gracją, niż inni kelnerzy, podaje ci steka i frytki.
- A po czym poznać polskiego aktora w Chicago? Po doskonałej grze jego... silnika w trucku.
Maciej to w ogóle interesujący facet. Mimo, że w Stanach miał do Hollywood ostro pod górkę, nigdy nie zapomniał o graniu. I grywał, gdzie tylko i z kim się dało. Głównie z sentymentu, a nie dla pieniędzy, bo co to jest dzisiaj te głupie 10,000 dolarów. Ale mówiąc poważnie, nie sposób było się z tego utrzymać. Stąd zajęcia - że tak powiemy - dodatkowe. Niektórzy pamiętają Góraja jeszcze z Polski. Np. z serialu „Śmieciarz”, w którym grał główną rolę. Za co dostał - jak wspomina - 700,000 zł (starych, jak PRL). Starczało wtedy na „poloneza”, ale gdy serial się skończył, samochód ten kosztował już... 5 mln zł. Polska popularność aktorska nie przekładała się więc na tzw. kasę. Stąd wyjazd za ocean, gdzie Maciej wylądował w końcu lat 8., z 200 dolarami w kieszeni. I musiał dopożyczyć 600, by przetrwać pierwsze 3 miesiące, zanim dostał robotę. Skąd my to znamy? Maciej grywał epizodycznie. M.in. w sztuce „Panna Julia” Jerzego Kenara, czy w filmie „Pułapka” z samym Markiem Kondratem. Ale to było lata, lata temu. Ostatnio, Góraj błysnął w „Smoleńsku” Antoniego Krauzego. W tym głośnym i kontrowersyjnym filmie na temat tragedii smoleńskiej z 2010 zagrał ojca głównej bohaterki - Niny. Jest ona dziennikarką. Przyjeżdża do Chicago, do ojca, który - jako były działacz „Solidarności” - wyemigrował do Stanów w latach 80., zostawiając w Polsce rodzinę. Z żona się w końcu rozwiódł. Pozostają więc sporadyczne kontakty z dziećmi. Wypisz-wymaluj autobiografia Macieja... Nina rzadko widuje się z ojcem, ale rozmowy z nim są dla niej bardzo ważne. I ostatecznie kształtują jej wrażliwość. W efekcie, z dziennikarki „reżimowej” i „mainistreamowej”, pod wpływem swych doświadczeń życiowych i mentorskiego ojca staje się reporterką niepokorną, tropiącą ludzi za kulisami tragedii smoleńskiej, w sposób niekoniecznie zgodny z oficjalną wykładnią władzy, zamiatającej pod dywan alternatywne wersje tragedii. Są w tej roli wyraźne nawiązania do „zbuntowanej” reporterki, granej przez Krystynę Jandę w „Człowieku z marmuru” czy też red. Katarzyny Kolendy-Zaleskiej z TVN. I choć obie te panie, obecnie ostro anty-smoleńskie, zdecydowanie odżegnują się od bycia pierwowzorem tej doskonałej roli, analogie są oczywiste. Mimo, że Janda i Kolenda-Zaleska, jak już się w ogóle o coś obecnie buntuja w polskiej rzeczywistości, to raczej o kasę, niż o prawdę historyczną... Co ciekawe, Ninę gra Beata Fido, która sama mieszkała w Stanach przez bodaj 8 lat. Z tego - aż 5 w Chicago. A zdjęcia do „Smoleńska” były kręcone także w domu Macieja Góraja. Tak więc życie ściśle splata się tu z fabułą filmową. I to na wielu poziomach. Maciej poniekąd gra samego siebie, odtwarzając przy okazji zbiorowy los postsolidarnościowej emigracji polskiej. Pomaga mu w tym słuszny wygląd swojskiego Sarmaty, sprawiający, że z ekranu tchnie naszą polską autentycznością. Szkoda tylko, że Góraj tak rzadko jest wykorzystywany na ekranie. Ale, jak sam twierdzi, gotowy jest grać w każdej chwili i wszędzie. Niewykluczone więc, że Macieja, po „Smoleńsku” zobaczymy już wkrótce w wielu innych produkcjach. Nie wiemy jednak, ile dostał za ten film. Ale przypuszczamy, że wystarczyłoby na oddanie 600 zaległych dolarów, pożyczonych w początkach pobytu, na podbój Ameryki. A może także starczyłoby na nieszczęsnego „poloneza”. I  to z pełnym zbiornikiem paliwa. Z kupnem którego - jako aktor w Polsce - Maciej miewał finansowe kłopoty. Słowem - trzymamy kciuki. Bo dla Góraja, droga z Chicago do Hollywood, mocno się ostatnio skróciła. I nie chodzi tu bynajmniej o kolejną podróż truckiem...

ANDRZEJ WĄSEWICZ

Dodaj komentarz

Powrót