Fetela, Piotr

04 Kwietnia 2017

Najszybszy Polak w USA. A niewykluczone, że także i po obu stronach Atlantyku. Piotr lubi się ścigać. Uwielbia rywalizacjję. I to dziedzinie bardzo nietypowej dla reszty rodaków. Którzy, mówiąc szczerze, jak już współzawodniczą, to z reguły w tradycyjnych dyscyplinach polskich, jak np. pisanie listów na sąsiada do IRS czy wysyłanie życzliwego meldunku do „immigration”, w sprawie „tego oszusta, który bez ’zielonej karty’ zabiera robotę przyzwoitym Amerykanom”. Piotr wybrał inną, ciekawszą - choć znacznie trudniejszą - konkurencję. Specjalizuje się w samochodowych rajdach terenowych. I jest w tym rewelacyjny. Nie sposób nawet wymienić wszystkich kategorii, w jakich startuje. I wszystkich miejsc, jakie zajmuje. Dość powiedzieć, że to ścisła, amerykańska (a więc i światowa) czołówka! Pasja interesująca, ale - niestety - bardzo kosztowna. A że Fetela do rodziny szejków arabskich nie należy i jakoś nie daje się namówić do skoku na bank, musi polegać na sobie i na sponsorach. Bez tych ostatnich ani rusz. Na szczęście, w środowisku polonijnym nie brakuje podobnych mu maniaków. Którzy - jak jacyś nienormalni - jeżeli już sie złożą, to nie flaszkę po polsku, ale raczej na silnik z doładowaniem. Piotr i jego wyniki przekonują zresztą do wspierania naszego zawodnika. A sam Fetela też nie żałuje prywatnych pieniędzy na swą pasję, mimo że urodził się pod Tarnowem (Szczucin konkretnie). Czasem jednak trzeba na tę zabawę wyłożyć naprawdę spore pieniądze. Tak, jak ostatnio, kiedy podczas jednego w wyścigów po pięknych bezdrożach ziemi Waszyngtona, Fetela ostro dachował. Rozmawiałem z nim w radiowym studio, tuż po kraksie. Piotr pokazał mi na wideo cały wypadek. Łącznie z akrobacjami lotniczymi. Makabra! Wyglądało na to, że żywa noga na pedale gazu nie miała prawa wyjść z tej kraksy. Gdy już skończyliśmy oglądać, przyglądnąłem się bliżej siedzącemu obok Piotrowi. No nie ma przecież bata, żeby coś takiego spłynęło po człowieku bez śladu. Nawet, gdyby facet pochodził ze śródmieścia Szczucina. Zacząłem więc radiowy wywiad, zadając bardzo proste i wyraźne pytania. Jak do pięciolatka. No bo, nie daj Boże, poszkodowany inwalida jeszcze mi się zawiesi na antenie i będzie wstyd w rozmowie na żywca. Po moim kolejnym, naiwnym pytaniu, typu: „A czy po dachowaniu mocno boli pana głowa?”, Piotr popatrzył na mnie z politowaniem i powiedział: „Słuchaj, stary! Ja upadłem na dach, a nie na głowę! Zacznij ze mną rozmawiać, jak z człowiekiem...” No i to ja wyszedłem na niedorozwoja. Od tego momentu, rozmowę poprowadziliśmy więc najzupełniej normalnie. A więc, nie traktowałem już swego rozmówcy, jak inwalidę po lobotomii. Piotr Fetela to markowe nazwisko. I znana postać. Dość powiedzieć, że całkiem niedawno dostał „Polonusa” w kategorii najlepszego sportowca roku 2016, w plebiscycie „Wietrznego Radia” na częstotliwościach 99.9 i 92.7 FM. Co świadczy, że nasi rodacy są miłośnikami szaleńczych rajdów nie tylko po „uchu”, wzdłuż i w poprzek Belmont czy Milwaukee Ave. w Chicago. Piotr, którego idolem jest legendarny Ayrton Senna potrafi godzinami gadać o autach. Nawet Casanowa nie umiał opowiadać tak gorąco o swych namiętnych przyjaciółkach, jak Piotr potrafi gawędzić o swoim czterosuwowym Volkswagenie Polo „Proto”, o mocy 350 koni mechanicznych. W dodatku - z doładowaniem turbo, czego przecież nie da się powiedzieć o każdej kobiecie. Piotr jest właścicielem Fetela Rally Team - profesjonalnej grupy wyścigowej. Ściga się w Stanach od 2009, w Rally America Championship Open Class. A więc najbardziej wymagającej kategorii w tym sporcie. I musi łączyć obowiązki bossa, menedżera, kierowcy, mechanika i księgowego jednocześnie. Mimo to daje sobie jakoś radę. I pasja do wyścigów w nim nie słabnie. Rodaków jednak uspokajamy, że Fetela, „w cywilu”, a więc jeżdżąc po przysłowiowej Milwaukee Ave. swym prywatnym samochodem, wcale tak ostro nie szaleje. Sprawdziliśmy i nie znaleźliśmy w jego „rekordzie” śladów po mandatach za prędkość 150 MPH na odcinku, gdzie obowiązuje np. 30. Z drugiej jednak strony nie wiadomo, czy szukaliśmy w odpowiedniej kategorii wyścigowej. Może trzeba było zajrzeć do danych lotnictwa cywilnego? Tak czy inaczej - wspierajmy Piotra! Każdy sponsor może liczy m.in. na wspólną przejażdżkę. I choć nie ma gwarancji, że rajd zakończy się efektownym dachowaniem, o którym będzie można opowiadać kolejnym pokoleniem na rodzinnych imprezach, to jednak emocji i wrażeń na pewno nie zabraknie. No i człowiek, po takim przeżyciu z pogranicza wieczności, na pewno doceni, że na co dzień jednak jeździ tą swoją spokojną „hondą” bez doładowania, o mocy w porywach 1.5KM i wyciągająca na maksa nie więcej, niż 15 mil na godzinę. I to z ostrej górki...

ANDRZEJ WĄSEWICZ

Dodaj komentarz

Powrót